Trafiam w środku nocy do zupełnie nieznanego mi klubu, w mało znanym mi mieście.
Stan jest więcej niż wskazujący, a wskazuję dosyć podłe upojenie alkoholem. Moi kompani wyglądają jak Nosferatu, przerażeni niemal każdym większym źródłem światła, gdy tylko przekraczamy próg tego domu podłości. W powietrzu czuję zapach nikotyny, mocno przesadzonej ilości perfum, których woń, niestety nie wskazuje jednoznacznie na przewagę kobiet. Przy szatni, jak zwykle, wita nas dwójka średnio zadowolonych studentów na nocnej zmianie, poirytowanych już dostatecznie, co nie jest o tyle dobrym znakiem, że uzmysławia nam jak wiele osób musiało się tu już przewinąć. Oddajemy kurtki, płacimy, bierzemy numerek, dynamicznie udajemy się w stronę gniazda. Droga jest tak pokręcona, że już w połowie chcę zawracać po drinka, o którym myślę od pierwszego spojrzenia w przepełnione testosteronem oczy ochroniarza. Mijam z tuzin kobiet, każda niemal wcale nie wyróżnia się z tłumu, a jak już, to ewentualnie odważnym ubiorem, gdzie odważny ma w synonimie bardziej jaskrawy niż ciekawy. Po dwóch skrętach – niestety chodzi o kierunek drogi – i jednych schodach, po prawej mijamy bar. Nie mam na tyle silnej woli żeby nie wziąć z tej oazy choć kropelki, sam nie wiem, cholera, ile ta podróż jeszcze potrwa… Zamawiam, płacę, wypijam łyk i dopiero teraz dziękuję z uśmiechem. Tropię swoich towarzyszy wodzony śladem słusznej myśli, że udali się oni w stronę, gdzie muzyka staje się coraz donośniejsza.
No to jestem. Oto gniazdo głodnych, spragnionych, wyposzczonych i tak samo bezdennie otumanionych studentów, starających się zająć tę noc czymś więcej niż książką, telewizją czy jakimkolwiek domowym pożeraczem czasu. Muzyka, na całe szczęście, jest w porządku, bar blisko, a moja kieszeń trzyma jeszcze w dybach kilku martwych króli. Pierwsza myśl – do baru, ale niestety, zostałem zauważony przez swoich ziomków, którzy prawie urywając sobie ramię, gustownie dali mi znak, w którym miejscu postanowili stacjonować. Na moje nieszczęście jest to w samym sercu szarańczy, przez którą muszę się przeciskać, kurczowo trzymając swoją szklankę i manewrować tak, aby nie uronić ani jednej cennej kropli. Podchodząc na jakieś pięć kroków od moich kolegów, wiem już dlaczego to miejsce wydało im się odpowiednie. Swoją budkę obserwacyjną mają tam dwie zgrabne panie. Jedna – szczupła brunetka, nosicielka 75C w białej bawełnianej bluzce, wsadzonej w granatowe spodnie, które zakrywają jej całkiem zgrabne nogi aż do szpilek, których koloru nie jestem w stanie tak perfekcyjnie określić w tej tajdze nóg. Obok niej koleżanka o dużo większej wypukłości na płucach, blond włosach i, co stwierdzam z lekkim żalem, znacznie większym tyłkiem od niej. Obie przeszklone procentami oczy zakreśliły starannie czarną kredką, a powieki opruszyły gradientami dwóch pasujących do stroju kolorów. W jednym przypadku pasującym tylko pozornie.
Zanim dokończę te krzywdzące oceny w moim już zmęczonym mózgu, mój kolega zdąży już zacząć sprawdzać, jak pani o ciemniejszych włosach stoi z gibkością i wyczuciem rytmu. Stoi całkiem nieźle. Obserwując to zauważam dopiero w ostatniej chwili lubieżny uśmiech jej koleżanki, na widok którego pociągam taki łyk, że grdyka porusza mi niemal całe gardło. Stanowczo nie mam dziś ochoty ani na odrealnione rozmowy przy barze, utrzymywane w tonie flirtu i tajemnicy, ani na taniec, którego mistrzem i tak nigdy nie byłem. Trzeźwo stwierdzam, że jest nas trzech. Zaczepiam niezajętego jeszcze towarzysza, który tak się szczęśliwie trafia, stoi za ową niewiastą, przez co zwracam jej uwagę na niego, a sam mogę się odwrócić w kierunku baru. Oceniam na zimno odległość stąd do najbliższego skrawka lady, pociągam kolejny łyk i szacuję w głowie, ilu ludzi będę musiał przytrzymać lub lekko przesunąć swoim przedramieniem, tak aby dostać się na miłość boską w miejsce najmniej skalane chęcią obłapywania i wyuzdanej bliskości. Ogólnie nie mam nic do ciał kobiet, obłapywania, ani nawet publicznego wymieniania płynów, ale powiedzmy, że jedyny płyn jaki dziś chcę wymienić, to ten zza baru. A na wymianę dam kawałek zadrukowanego papieru. Więc ruszam we wcześniej oszacowaną drogę, używając kości promieniowej lewej ręki jak tarczy, w prawej natomiast walczę z prawem grawitacji, wykorzystując właściwości cieczy tak, aby napełnione nią naczynie więziło ją jeszcze przez chwile w środku. Docieram na skraj tego zbiorowiska, co honoruję ostatnim łykiem, opróżniając szklankę do sucha. Znajduję wolne miejsce przy blacie, wdrapuje się na wysoki stołek przy nim i niemal od razu nawołuję zajętą nieco barmankę, bo pragnę jej w tym momencie, jak żadnej innej kobiety w tym miejscu. Zamawiam sobie dwa kieliszki i jeszcze drinka – tak na zapas. Wypijam oba kieliszki, zapijam drinkiem. Czując się lepiej opieram się plecami o bar i zaczynam rozmyślać nad tym wszystkim, co już zdążyłem wyżej opisać i tak sobie myślę…
Straszny ze mnie cynik, czy nie…?

