Licentia poetica, pozwala mi zrobić z Tobą wszystko, co zechcę w tym tekście. Mogę sprawić, że poleje się Twoja krew, mogę Cię złożyć w ofierze, mogę Cię kochać i głaskać po włosach, mogę Cię całkowicie zbezcześcić, a Ty i tak mnie za to nie pozwiesz.
Codziennie w nocy widzę Twoją twarz. Nie jak fotografię. Jest zniekształcona. Tak w zasadzie w ogóle nie należy do Ciebie. Dziwny wytwór w 3d non stop zmienia figurację, zacierając się. Jak w krzywym zwierciadle, sylwetka powiększa się, rozciąga, zmniejsza. Setki jej odbić tłoczy się w wirze, a żadna nie oddaje prawdy.
Kiedyś Cię kochałam. Były takie czasy, gdy mogłam dla Ciebie zrobić wiele. Dbałam o Ciebie, namaszczałam Cię. Pielęgnowałam, bo wierzyłam, że Bóg stworzył Cię do wyższych rzeczy. Sama nie wiem, kiedy granica zaczęła się zacierać. I co w Tobie umarło, że nagle Ty, Istota Najważniejsza, nie liczysz się już ze mną, ani dla mnie.
To nie jest tak, że Cię nienawidzę. Po prostu potrafię sobie wyobrazić Twoją śmierć. Z moich rąk. Układam w głowie schematy, wbijające nóż kuchenny w Twoje plecy, lecące z 10 piętra z rozwianym włosem, płynące lekko z krwiobiegiem, prosto do Twojego serca. Tak łatwo jest Cię zabić. W ogóle się nie bronisz. Jako morderczyni nie mam skrupułów, działam dla większego dobra. Swojego.
Za co nie mogę już na Ciebie normalnie patrzeć? Za nihilizm. Tracisz wiarę we wszystko i wszystkich. Nie ma dla ciebie żadnej świętości. Świątynię swą zamieniasz raz po raz w profanum. Jesteś chodzącym zgorzknieniem, żyjącym wspomnieniami i wizjami lepszego jutra, które nigdy nie będzie zrealizowane. Jesteś człowiekiem współczesnym. Bez skrępowania możesz mówić o wszystkim, co Cię poniża.
Nie mogę Cię znieść! Chcę Cię zdusić, stłamsić, zabić, zniszczyć, otruć, zapomnieć, ukarać. Chcę żeby było jak dawniej. Kiedy czas tak beztrosko mijał. Kiedy twoja dusza była jaszcze duszą. Teraz nie istnieją dla Ciebie dusze. Mówisz sobie, że wierzysz w coś więcej! Ale to fałsz. Bo nie wierzysz nawet we własne kłamstwa.
Mogę tak mówić do Ciebie długo. Ale po co mam krzyczeć do lustra? Sama siebie nie przeskoczę.

