Ciepły, zimowy deszcz roztapia wszelkie wątpliwości. Deszczówka zamieniła ulice w rwące rzeki – namiastka Wenecji? – Nic nie dzieje się przypadkiem. Więc płyniemy papierowym statkiem w stronę księżyca. Jeszcze przez kilka chwil cały świat jest trzymany na dystans, jest niewyraźny – ukrywa się za gęstą mgłą oddalenia. Nie możemy się oderwać od siebie. Wydzielające się endorfiny okazały się świetnym środkiem znieczulającym – nie czujemy w ogóle przegryzionych warg. Zamarznięte dłonie są silnie unerwione, żądne bliskości bardziej niż kiedykolwiek. Żegnamy się…
Wkładam słuchawki do uszu, marsz do domu – myślami jednak gdzie indziej. Spotykam podwładnego, dla którego najdłuższa ulica w mieście to Porażki. Wiem, że za kilka minut odezwie się samcza natura. To dziwne uczucie zwątpienia, uwielbienia, agresji, chęci posiadania i smutku – praktycznie pięć w jednym. Rozbudowana, dość kreatywna wyobraźnia w rytmicznym tempie będzie dobierać się do moich kolan. Rozpocznie się walka namiętnych obrazów przewijających się w pamięci z wizją tego, co dzieje się kilkaset metrów ode mnie. Starcie wartości najwyższych z fizyczną przyziemnością. To boli…
Świat jest mały. Haju, który pewnie kilkukrotnie szedł tą ulicą rapuje mi do ucha „nie sztuką jest rwać kwiat, sztuką jest zasiać – pielęgnować, dbać i nie negować, że świat ma w sobie miłość”. Znalazłeś piękną różę. Czujesz jej delikatny, słodki zapach. Twoja skóra jest pobudzona delikatnym dotykiem. Wiesz, że nie rośnie w twoim ogrodzie, ale przecież cały świat jest nasz, więc… (?)

