Bezpieczeństwo w Koszalinie

Norbert Korus 18 stycznia 2012 2
Bezpieczeństwo w Koszalinie

Zastanawiałeś się, Drogi Czytelniku, czy we własnym mieście możesz czuć się bezpiecznie o każdej porze dnia i nocy? Zapewne tak. Prawdopodobnie słyszałeś również legendy o miejscach, w których lepiej nie pojawiać się po zmroku. To jest poniekąd odpowiedź na pytanie, które Cię nurtuje. Jeśli są miejsca, gdzie lepiej nie chodzić, to czy przeciętny koszalinianin może czuć się bezpieczny w swoim mieście? 

Jest chłodny, zimowy wieczór. Miejsce jakich w Koszalinie wiele – wąska uliczka pomiędzy starymi, poniemieckimi kamienicami, stare uliczne lampy, zaparkowane samochody. Wydawać by się mogło – spokój i równowaga. Z oddali dobiegł mnie odgłos tłuczonego szkła i głośny okrzyk ,,ty ch**u!”. Pełna kultura. Witamy w krainie, gdzie obcy zginie.

Odrapane mury, wszechobecne graffiti: ,,JP”, ,,HWDP” i ,,bluzgi” na pobliskie ulice. Błyska żółte światło ulicznych latarni. Obraz beznadziei przeciętnego przechodnia dopełniają gościnni inaczej lokalersi. Pierwszy kontakt z tubylcami odnotowuję już na początku ulicy. Idzie na oko dziesięcioletni chłopak – bluza z dużym logiem JP, szerokie spodnie i koniecznie telefon z włączonym na pełen regulator polskim rapem. Krótka wymiana spojrzeń. Jego wzrok jakby chciał mi powiedzieć: ,,Spadaj z mojej dzielnicy, gnoju!”. W gruncie rzeczy to normalne. On był stąd, a ja byłem po prostu obcym. Kimś, kogo nie powinno tu być. Sam tego pewnie by nie zrobił, ale jego kumple stojący w niedalekiej bramie dalej już mogli.

Chwila zwątpienia. Może pójść na około? Może spróbować jakoś ominąć ten ,,problem”? Może stawić czoła wyzwaniu, pójść naprzód i być w domu dziesięć minut wcześniej? Co mi tam… Nie ma ryzyka, nie ma zabawy. Idę.

Już po kilkunastu metrach zaczynam żałować tej decyzji. Słyszę coś w stylu: ,,Te, cho no tu” i już dwóch lokalersów podchodzi do mnie. Swoją drogą ciekawe, po co chcieli, żeby do nich podejść… Chyba zaczyna robić się niefajnie. Pytają, hm, to chyba jednak niezbyt dobre słowo, raczej pasowałoby: ,,wysuwają żądania” dotyczące pieniędzy na piwo. Odmawiam. To chyba nie była dobra odpowiedź. W tym momencie zaczynam zdawać sobie sprawę, że jestem bardzo bliski tego, żeby dostać w twarz. Za nic. W tym momencie włącza się mój instynkt samozachowawczy. Jeszcze raz tłumaczę, jak bardzo jest mi żal z tego powodu, że nie mogę ich wspomóc, że jest mi ich szkoda, że życzę im powodzenia. No, odpuszczają sobie. Przecież im tej złotówki nie urodzę. Chyba doszli do tego samego wniosku. Słyszę tylko: ,,Dobra, weź spier**laj” i już jestem wolny.

Takie historia to nie jest tylko wytwór mojej wyobraźni, to całkiem realny scenariusz. Życzę Tobie, aby pozostał tylko niezrealizowanym scenopisem.

[fot] e-kolo.pl

  • Jacoislike

    Po pierwsze, nie każdy napis na murze to grafitti. Nazywanie hasłem”grafitti” takich rzeczy jak JP i CHWDP na ścianach jest wyraźnie krzywdzące wobec artystów ulicznych, którzy niezależnie od prawa bądź zgodnie z nim tworzą wartościowe dzieła. Po drugie…
    blokalersi? To jakaś nowa moda?

    • Anonim

      Domyślnie chodziło o ‘lokalersów’ tutaj puszczam oczko do naszej redakcyjnej korekty :) Co do grafitti- mea culpa :) Jest różnica, definitywnie.