Magda, oddawaj moje mieszkanie!

Jacek Tomczak 13 stycznia 2012 1
Magda, oddawaj moje mieszkanie!

Miejskość. Ta to na mnie leci. Ląduje na mnie, upada z hukiem. Trącona bożą ręką to na moim łbie tłucze się jak serce w piersi i rozbija nie krew, a ostre kawałki na części.

Zielone. Idę. Wszyscy idą. Zaczepia nas Magda Frąckowiak z polecenia Reserved, ogólnie patrząc – chorobliwie atrakcyjna dupa. Puściłbym jej oczko, ale jest pora obiadowa, kto tuż po gołąbkach z ryżem myśli o przebiegłości zalotów? Cześć Magda, myślę sobie. I ona mnie wita.

- Londyn. Paryż. Nowy Jork – Moje trójmiasto.

Oke… NIE, NIE OKEJ. Co powiedziałaś?

- Londyn. Paryż. Nowy Jork – Moje trójmiasto.

Unoszę brwi, wykręcam trochę głowę. Miało być przyjemniej niż ciepły oddech lubej w ucho, a Ty mnie, babo, szczypiesz swoją… swoim… czym!?

- Londynem. Paryżem. Nowym Jorkiem. Moim trójmiastem.

No nie. Dlaczego mi to robisz? Wieszanie na Tobie spojrzeń jest masażem dla ducha! Nagle się odzywasz, to nic, że z polecenia szefa, ale mam ochotę wieszać swoje chęci wobec Ciebie!

- Przestań. To przecież Beautiful Story.

Ta, gówno! Wiesz co? Idę do Julii z TVN-u! Uśmiecha się z przystanku i milczy, rozumiesz!? MILCZY! Nie psuje dobrego wrażenia. Mam obok niej rozpisany rozkład jazdy, sama Julia niestety ani nie rozkłada nóg, ani o jazdę z nią nie chodzi. Ale ma tak ujmujący uśmiech, że Ty… ty, Magdo, zapomnij o oczkach, kwiatach i westchnieniach. Niech Cię rzuci jakiś Big Ben, przejedzie Yellow NY Cab i pożrą ślimaki. I co Ty na to, wyniosła dupo!? Rudy gruby angol, samochodowa kraksa i Twoje gnijące, bo martwe ego…

To moje trójmiasto! Wpadniesz?

Złość tamtego dnia była nawet zabawna. Dziś jednak uraczony czterema godzinami snu napisałem kolokwium, po którym z jednej strony nie byłem w stanie odespać, z drugiej -  nie potrafiłem się niczym zająć. „Powieszony” to chociaż określony stan. Letarg między snem a nudą to jednak coś gorszego niż czarny polar latem.

Biorę oddech wychodząc na trening. Ktoś napisał już o tym wczoraj, ja robię to teraz -  skończyły mi się pieniądze i natychmiast myślę troskliwie o swoich dłużnikach.

Na trening przychodzi para moich znajomych omówić ze mną charytatywny pokaz zapowiadający się na koniec marca. Nie o pokaz mi chodzi, a o obserwację powyższych. On pracuje na pełen etat. Zjebany po całym dniu opychania najków i czekania, aż chłonni loga smarkacze w końcu wyjdą ze sklepu, bo przecież nic nie kupią, spotyka ją, swoją laskę. W istocie, jego dziewczyna jest atrakcyjniejsza niż ceny przed świętami. Laska z niej taka, że nawet jest dla niego oparciem. Zabawne, prawda? To dlatego zaczęliśmy mówić o Was laski? Bo można mieć w Was oparcie? Zatem Magdo Ef, żadna z ciebie laska. Przykro mi Julio – choć wygrywasz z próżnymi hasłami, to nie milczenia teraz szukam.

Wracam z treningu. Po drodze odbijam z oklepanej trasy na nieznane mi osiedle do gościa, który wisi mi dychę za taksówkę, która wiozła jego zwłoki pewnej nocy. Samo osiedle okazuje się świeżo wybudowanym. Jego architektura daje mi poczucie, że to miasto w mieście. Banany, myślę sobie, jednocześnie przecierając oczy. Szczypały od kontrastów między życiem znanym mi, a światem tej pani na balkonie.

Siedemnastolatek mieszka sam w kawalerce, tak bardzo brand new, że Kanye West staje się biały na godzinę.

Nie mi prognozować, jak będzie się miała  zaradność odwiedzonego, gdy będzie w moim wieku, a  rodzice z przyczyn życiowych nie będą mogli pomóc. Wierzę w niego, mimo wszystko.

Zapchałem ziewającą kieszeń banknotem i zadzwoniłem do kolejnego dłużnika. Dzwonię z nowego telefonu, co za ironia. Operator wepchał mi jakiś podrzędny model, który, choć wygląda ładnie, to w gruncie rzeczy jest zetafonem i ani o krok nie przybliża mnie do licealisty samego w odpimpowanym kwadracie.

Po dwóch godzinach dostaję kolejny banknot i zamieniam słowo z wybawcą stanu mojego jutrzejszego śniadania. Ma mnóstwo zaliczeń, zatem odpuścił treningi dla powodzenia w edukacji. Skąd wracał? Od dziewczyny. Uczył się u niej. Zaliczy(ł) bez dwóch zdań.

Odprowadzam go kawałek, choć nie za to mi płacił. Wracam do siebie i myślę, jak podbić świat z bochenkiem chleba, paczką po M&M’s i pozostałymi szesnastoma złotymi. Ubogaca mnie wspomnienie z przedwczorajszej nocy, kiedy to rozmawialiśmy z chłopakami w pokoju, a  jednemu z nich powiedziałem, że totalnie nie rozumiem, jak można tyle gadać z dziewczyną przez telefon.  Kwestia potrzeb, których nie mam, a może to zazdrość przemówiła? Jak ohydnie słodko by nie rozmawiali w ramach abonamentu, jest im teraz lepiej niż śliwkom w kompocie.

Mógłbym w tej chwili opierać głowę o gładkie ramię albo zaprosić piękno między sufit a podłogę w dzielnicy Platinum. Mógłbym też słuchać przez telefon pieśni o minionym dniu z miękkich ust. Zamiast powyższych drapię się po szorstkiej od zarostu japie i rozglądam się za pięknem. Jest moja granatowo – czerwona pościel, ale jest po prostu ładna. Trwa w tej ładności na używanej kanapie, w dzielnicy której mieszkańcy chlapią w bramach całą paletą uryny.

Wyraz pozornej świeżości – nowy telefon, ostrzega, że bateria jest słaba. Mam nieodpartą chęć pójść z litowo – jonową o zakład, że w tym rankingu to ja jestem pierwszy.

Może i ja jestem wart zeta, choć kłóciliby się handlarze organami. Niezależnie od dna, jakiego sięga mój energy level, zagrajcie proszę na tych organach. Najlepiej ciepły jazz na mózgu.

  • http://www.facebook.com/gzzgzzz Gosia Bednarek

    szorstko i intrygująco;>